There is no spoon, no love...
Instead, only try to realize the truth. There is no love.
There is no spoon, no love...

Kolejny depresyjny poimprezowy poniedziałek. To chyba u mnie już jakaś cholerna "nowa świecka tradycja". Ekstradycja z krainy dobrej zabawy, dobrego humoru, ciągłej ekstazy, emocjonalnego TGV, pędzącego z zawrotną prędkością. Następnego dnia, po dojściu do siebie, płynę tratwą po beznadziejnie spokojnym oceanie codzienności. Nudno, przewidywalnie i bez współtowarzyszy z przedziału. Jak to się może skończyć?
Teoria jest prosta, zbyt duża porcja endorfin dostarczona podczas weekendowej zabawy, blokuje czasowo receptory odpowiedzialne za szczęście i dobre samopoczucie. Porcja po-weekendowa która normalnie pozwala zostać w stanie pośredniej równowagi emocjonalnej okazuje się być zbyt mała, ponieważ receptory "przytępione" potrzebują znacznie silniejszego bodźca. Wniosek: musiał bym najebać się przynajmniej tak samo jak dnia poprzedniego i bawić się jeszcze lepiej. Ale co wtedy z wtorkiem... środą... czwartkiem? Bo potem to wiadomo, Friday, Friday, Friday! i zabawa zaczyna się od początku. Został bym pieprzonym współczesnym Syzyfem, tylko zamiast toczyć swój kamień, uczestniczył bym w wiecznych obchodach ku czci boga Dionizosa. Niby zajebiście, ale ile w końcu tych endorfin musiałbym produkować żeby nadal zaspokoić pożądliwość odbierających bodźce receptorów. Doszedłbym do granicy w której potrzebują one wspomagania zewnętrznego. A chemiczna podróż w hiperprzestrzeni umysłu to już nie przelewki.
Nie ma nic za darmo, a za kurewsko mocne doznania płaci się wysoką cenę. To już nie jazda TGV tylko lot okrakiem na sondzie Voyager, która opuszczając Układ Słoneczny mknie ku zimnej pustce. I właśnie ta zimna pustka odzywa się dnia następnego. Wszystko jest jeszcze smutniejsze, jeszcze bardziej beznadziejne, a miłość nie istnieje. Tak. Bo musisz sobie uświadomić prawdę. Jaką prawdę? Że miłość nie istnieje. Bo skoro nie ma łyżki to...
Jak powiedział John Milton: "Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady".To w jakimś sensie tłumaczyło by moje upodobanie do czekolady... ale zaraz, zaraz... Przecież jakiś czas temu przerzuciłem się z czekolady na lody. Jeśli to jakaś metafora to nawet nie chcę znać jej znaczenia.
Cieszę się jednak że voyager odleciał beze mnie, a ja spokojnie dryfuję w stronę codzienności. Codzienności która może nie zaspokaja mojego emocjonalno-intelektualnego ADHD, ale jakiś tam bodźców jednak dostarcza. W przeciwieństwie do miejsca w którym naprawdę nie ma już nic...
Za dużo myślisz -_-
OdpowiedzUsuńmyślę więc jestem ;]
OdpowiedzUsuń