poniedziałek, 13 czerwca 2011

There is no spoon, no love...

Instead, only try to realize the truth. There is no love.
There is no spoon, no love...
Kolejny depresyjny poimprezowy poniedziałek. To chyba u mnie już jakaś cholerna "nowa świecka tradycja". Ekstradycja z krainy dobrej zabawy, dobrego humoru, ciągłej ekstazy, emocjonalnego TGV, pędzącego z zawrotną prędkością. Następnego dnia, po dojściu do siebie, płynę tratwą po beznadziejnie spokojnym oceanie codzienności. Nudno, przewidywalnie i bez współtowarzyszy z przedziału. Jak to się może skończyć?
Teoria jest prosta, zbyt duża porcja endorfin dostarczona podczas weekendowej zabawy, blokuje czasowo receptory odpowiedzialne za szczęście i dobre samopoczucie. Porcja po-weekendowa która normalnie pozwala zostać w stanie pośredniej równowagi emocjonalnej okazuje się być zbyt mała, ponieważ receptory "przytępione" potrzebują znacznie silniejszego bodźca. Wniosek: musiał bym najebać się przynajmniej tak samo jak dnia poprzedniego i bawić się jeszcze lepiej. Ale co wtedy z wtorkiem... środą... czwartkiem? Bo potem to wiadomo, Friday, Friday, Friday! i zabawa zaczyna się od początku. Został bym pieprzonym współczesnym Syzyfem, tylko zamiast toczyć swój kamień, uczestniczył bym w wiecznych obchodach ku czci boga Dionizosa. Niby zajebiście, ale ile w końcu tych endorfin musiałbym produkować żeby nadal zaspokoić pożądliwość odbierających bodźce receptorów. Doszedłbym do granicy w której potrzebują one wspomagania zewnętrznego. A chemiczna podróż w hiperprzestrzeni umysłu to już nie przelewki.
Nie ma nic za darmo, a za kurewsko mocne doznania płaci się wysoką cenę. To już nie jazda TGV tylko lot okrakiem na sondzie Voyager, która opuszczając Układ Słoneczny mknie ku zimnej pustce. I właśnie ta zimna pustka odzywa się dnia następnego. Wszystko jest jeszcze smutniejsze, jeszcze bardziej beznadziejne, a miłość nie istnieje. Tak. Bo musisz sobie uświadomić prawdę. Jaką prawdę? Że miłość nie istnieje. Bo skoro nie ma łyżki to...
Jak powiedział John Milton:
"Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady".To w jakimś sensie tłumaczyło by moje upodobanie do czekolady... ale zaraz, zaraz... Przecież jakiś czas temu przerzuciłem się z czekolady na lody. Jeśli to jakaś metafora to nawet nie chcę znać jej znaczenia.
Cieszę się jednak że voyager odleciał beze mnie, a ja spokojnie dryfuję w stronę codzienności. Codzienności która może nie zaspokaja mojego emocjonalno-intelektualnego ADHD, ale jakiś tam bodźców jednak dostarcza. W przeciwieństwie do miejsca w którym naprawdę nie ma już nic...

2 komentarze: